Świt... Szary chłód wciska się przez każdą szczelinę płaszcza. Poranna rosa... jakże piękna w słoneczny poranek... Odbiera reszki ciepła, które uchodzi niczym woda... Woda dająca życie, woda kojąca ból wysysa resztki ocalałego ducha.
W ciele umęczonym... W ciele pragnącym ciepła...
Czekającego wschodzącego słońca, które by ogrzało chociażby tylko duszę...
Lecz te mimo, że wysoko już stojące nie może się przebić przez całun mgły...
Spowijającej moczary... Jakby żywej... Z tysiącem macek chwytających każdy niemrawy promień słońca próbujący się przedostać do zmarzniętego błota...
Do ciała prawie już martwego...
Gdzieś w głębi tylko tli się płomyk tak nikły...
Ciąg dalszy "BYŁEM IMPERATOREM" »


