Środa, sierpień 18. 2010
BYŁEM IMPERATOREM
Świt... Szary chłód wciska się przez każdą szczelinę płaszcza. Poranna rosa... jakże piękna w słoneczny poranek... Odbiera reszki ciepła, które uchodzi niczym woda... Woda dająca życie, woda kojąca ból wysysa resztki ocalałego ducha.
W ciele umęczonym... W ciele pragnącym ciepła...
Czekającego wschodzącego słońca, które by ogrzało chociażby tylko duszę...
Lecz te mimo, że wysoko już stojące nie może się przebić przez całun mgły...
Spowijającej moczary... Jakby żywej... Z tysiącem macek chwytających każdy niemrawy promień słońca próbujący się przedostać do zmarzniętego błota...
Do ciała prawie już martwego...
Gdzieś w głębi tylko tli się płomyk tak nikły...
To nie jest już płomień pamiętający pożary... pożogi... gwałt...
Pożar Duszy, w którym zginęło tak wiele istnień...
Ten płomyk już w niczym go na wet nie przypomina. Ogrzać nawet ciała nie potrafi... Przygasa... Migocze... Niedługo zgaśnie...
Ze sobą zgasi Życie, które tylu cierpieniom było sprawcą...
Kiedy to było tyle lat upłynęło, a może nie?
Werzid już nie pamiętał kiedy to było...
Już nie pamiętał kim był... Widział obrazy z przeszłości...
Widział człowieka, którego nikt nie nazwał człowiekiem...
Mordercę...
Wiedział, że go znał... Kiedyś?
Znał go bardzo dobrze bo jak nie znać postaci spoglądającej na człowieka z lustra, z odbicia w wodzie...
Twarz pokryta bliznami...
Jak wiele ich? Są jak księga... biografia... każda to inna historia... Każda to kolejne istnienie odchodzące ze świata żywych... Lecz ilu odeszło nie zostawiając swego podpisu na twarzy okrutnego Zabójcy? Nie umiał policzyć... Nie umiał...
Gdy teraz jego życie odpływa... Nie chciał się przyznać...
Chciał być tak jak inni...
U kresu życia umierać wśród bliskich... Otoczony miłością... szacunkiem... nienawiścią... zawiścią... Jakimkolwiek uczuciem...
Byleby nie być teraz sam...
Lecz całe życie był sam... Nigdy nikogo nie potrzebował... Bo miał w sobie ten płomień... Płomień nienawiści.. Okrutny płomień...
Palący dusze i ciała, a pozostawiający mróz... i chłód pustych domów...
Domów gdzie matki płakały za mężami... Siostry za braćmi... Dzieci za rodzicami...
Nie miał litości i od nikogo jej nie oczekiwał...
Aż do teraz...
Chciałby wszystkich przeprosić... naprawić... to co zniszczył... oddać to co odebrał...
Życia się nie da już nikomu wrócić...
A on by chciał jak Bóg Życia móc dotknąć tych zbielałych kości...
Kości, które sam rozrzucał... Nigdy nawet swej ofiary nie pochował... Nie dał pochować...
Tak by chciał klęknąć pod kurhanami tych co im życie odebrał...


