Niedziela, sierpień 15. 2010
GRANICA
Z dala słychać było tętent wielu koni. W tym miejscu na pewno to nie wróżyło nic dobrego. Kto tędy mógłby podróżować? A tym bardziej konno... Tymi górskimi ścieżkami gdzie nawet na piechotę ciężko było chodzić... Jeżeli ktoś tędy jechał konno i to w takim tempie to musiał być tylko pościg... No może jeszcze przemytnicy, którzy byli właściwie prawdziwymi panami tych gór. Niby do granicy królestwa było jeszcze wiele dni drogi to władza króla Jagana była tylko nominalna. Tu nawet najemnicy z twierdzy Północ za często się tu nie zapuszczali. Iluż to już całych drużyn znaleziono na dnie przepaści. Zbyt wąskie ścieżki, zbyt strome podejścia. Pieszo jeszcze do pokonania i to z wielkim trudem szczególnie w miejscach gdzie gdyby nie łańcuchy przykute do skał przez anonimowych podróżnych przejścia by nie było... Tu rządzili tylko przemytnicy korzeni kraga. Korzeni dających zapomnienie... Ostatnimi czasy mikstury z owego korzenia z wyglądu tak zwyczajnego stały się bardzo popularne. Nie ma się czemu dziwić... Czasy były ciężkie... Nieustanne starcia na wschodniej granicy królestwa niejedno miasto pogrążyły w rozpaczy... żałobie... Wszędzie starcy... A gdy ktoś młody i cudem nie wcielony do Wielkiej Armii Królewskiej pozostawał to z jego oczy patrzył napar z kaga... Żeby nie widzieć umierających na ulicach straszliwą śmiercią... Gorączka wojny niszczyła ojczyznę Ganida. Ojczyznę, która się go wyrzekła...
Nie mógł zrozumieć dlaczego rada królewska widziała w nim zdrajcę. Kiedy stawał na Wschodnim Murze z tą zbieraniną, którą w stolicy szumnie nazywano Wschodnią Armią... To miała być armia... Nawet z daleka nie przypominali wojska. Prawie sami mieszczanie i to już przeżywszy soje najlepsze lata... Dawniej tłuści handlarze teraz wychudłe szkielety wspierające się na włóczniach bo gdyby nie one nie dali by rady postawić kolejnego kroku... To miała być armia? To miało powstrzymać nawałnicę na Wschodzie? Te dzieci na których barkach wspierali się starcy... Niejeden "dumny" żołnierz dopiero został od matki wzięty... Niestety nie przez swych ojców bo ci już dawno użyźniali swymi ciałami wschodnią granicę. Tych chłopców od matek brała gwardia królewska... Jedyne poza Radą jeszcze tłuste świnie spasłe się na poddanych. Przyjeżdżali do wiosek, do dzielnic na swych czarnych rumakach właściwie jedynych koniach w królestwie. Wszystkie inne padły albo zostały zjedzone bo ni było kogo na sadzać. Mało kto się jeszcze w siodle potrafił utrzymać... Wojna to piekło i to największe nie na polu bitwy gdzie miłosierny brzeszczot wyzwala człowieka z jego łańcuchów Życia. Najgorsze piekło jest w miastach, a im dalej od stolicy tym gorzej. Ile to razy widział Ganid całe wymarłe miasta gdzie nawet psów nie było, a Rada kazała mu armię zebrać. To i zebrał. Dwa tysiące starców i


