Czwartek, wrzesień 17. 2009
ELIA
***
Elia uniosła głowę z nad kotła zwisającego nad paleniskiem. Jej uwagę przykuł hałas dochodzący spoza namiotu. Na zewnątrz słychać było szczekanie psów, jazgot rozwydrzonej dzieciarni i coś jakby tętent końskich kopyt. Zastanowiła się. Przecież ich konie pasły się o dzień drogi od obozowiska, po cóż mieliby sprowadzać między namioty. Wymarsz dopiero za dwa księżyce. Dopiero wtedy zaczną się przenosić, zresztą, jak co roku, na południe. Do cieplejszych rejonów Równiny, tam gdzie zaczynają się Lasy Mrocznego Maga. Zima tam jest o wiele lżejsza, może to wpływ drzew, może one chronią przed Szarym Wiatrem, a może to wpływ Maga, co ponoć zamieszkuje w samym środku Lasu. Nikt z ich plemienia jeszcze go nie widział, ale ludzie gadają, że żyje tam i lasu swego dogląda. Dziewczyna, zaniepokojona podniosła się, przewiesiła kociołek nad skraj ognia tak aby się potrawa z zajęcy nie zmarnowała. To byłby wstyd jakby się mięso przypaliło, a jakie marnotrawstwo. Szczególnie teraz, gdy trzeba na podróż zapasy zacząć zbierać. Rozgrzebała żar ogniska, spojrzała pod pokrywkę. Wyszła przed namiot.Nie wierzyła własnym oczom. To nie stepowe koniki Leren'y, koniki dzielnie służące jej klanowi, przechodziły dostojnie przez obóz. Jej oczom ukazały się dumne rumaki Geriar'iu. Potężne mięśnie falowały pod ich długim, lśniącym włosiem. Wszystkie były prawie czarne jak Noc. Dosiadali ich silni jeźdźcy w zbrojach lśniących niczym płomienie w zachodzącym słońcu. Każdy trzymał tarczę, wielką i czarną. Na każdej wymalowany wizerunek sokoła w locie. To ludzie Hashitha Sokolnika, wśród nich sam Pan Sokołów. Spojrzała w niebo. Wysoko między chmurami majestatycznie unosiły się Panowie Przestworzy. Słychać było jak się nawoływały. Co raz to jakiś zniżał lot jakby się chciał upewnić czy jego panu nic nie potrzeba by znowu strzelić w pogoni za wiatrem niczym strzała.
"Piękne ptaki" – pomyślała Elia – "Tylko czemuż to nas ci jeźdźcy odwiedzają?"
Ostatni rumak przeszedł koło jej obejścia by zniknąć pośród namiotów bliżej centrum osady. Bardzo chciała pobiec by dowiedzieć się czegoś o przybyszach, lecz dziś wieczór, jej brat wróci z Równiny by odpocząć po tygodniowym pasaniu ich Lerenów. Będzie pewnie bardzo strudzony gdyż taka praca nie była łatwa. Tych parę dni musiał krążyć wokół stada, wypatrywać drapieżców, co czyhały, zwabione zapachem łatwych łupów. Noce przespane niespokojnym snem, jako, że bestie bliżej się zbliżają pod osłoną mroku. Teraz nie mogą sobie pozwolić na utratę koni. W tym roku żaden źrebak się nie urodził. Co było bardzo dziwne.
Stojąc tak i rozmyślając dziewczyna usłyszała wysokie dźwięki gwizdka Hatee. To mężczyźni, ci co pilnowali koni powracają, a wśród nich jej


